Ja latam..tfu, ja biegam..

Polub i udostępnij:

I przyszedł maj. A wraz z nim, wreszcie ruszyłam tyłek. A raczej wróciłam do życia. A to dopiero pierwszy tydzień za mną. Ale to był najlepszy tydzień tego roku. Jestem, żyję, oddycham i się uśmiecham, rety, ja wciąż się szczerzę jak szczerbaty na widok .. nie pamiętam czego!

Po pierwsze – wciąż piję!

I tu podziękowania należą się webskiej. Pilnowałyśmy się codziennie. Chwaliłyśmy, żaliłyśmy i znów chwaliłyśmy. Bo fajnie czytać, że ktoś pije mniej coli przez picie wody. Że głowa nie boli. Że jest więcej energii czy cera się poprawiła i zmarszczki wygładziły. I tu muszę dopytać, jaką wodę pijesz? Zdradź proszę ten sekret RENE! Tu pod artykułem, plisss.

Po drugie biegam..

I sama w to uwierzyć nie mogę. Po wpisie o tym, że śniło mi się tak realnie, że biegam, miałam ogromny odzew. Prawie taki sam jak z piciem. Dawaliście mi rady, żeby nie przegiąć i się nie zrazić, i nie nabawić kontuzji. Dostałam także linka do artykułu, prowadzącego za rączkę jak dziecko, do nauki biegania. I tak: mam wykonany pierwszy tydzień biegania. Dzięki Wam, bo uwierzyliście, że mogę!

Jeszcze 7 tygodni

I będę latać po lesie jak dzik w rui. Ale szczególne podziękowania należą się Kasi i Werce. Weroni, dyma do mnie co drugi dzień 12 km, aby pobiegać w dziczy. A najlepsza z nas jest ta najmłodsza, najszybsza i najładniejsza -Zu. Ale my babcie staruszeczki ciągniemy się za nią i krzyczymy “już” albo “dawaj z powrotem do nas”. Bo taka szybka bila jest. Fajnie się biega we trzy i spaceruje, plotkuje, wycisza i dotlenia.

Małymi kroczkami

Ale systematycznie. Codziennie odliczam, i się jaram. Że to już dziś o 19. Czy już jutro. I tak co dwa dni. Ciągle więcej, i wciąż weselej gdy wracamy. I cieszy mnie to ogromnie, gdy dostaje wiadomości, że też biegacie. To działa na mnie jak czekolada tuż przed okresem. Dobrze mi tym robicie!

Dziś także biegałam

Szłam 5 minut, biegłam minutę i tak 5 razy. Ciągle nowa, dłuższa trasa. Żadnego zawracania, cofania się – tylko wciąż nową ścieżka. I tak dziś z 4 km zrobiło się prawie 8 km. Bo się zgubiłyśmy. 1 telefon i 11 procent baterii, w środku lasu, tuż po 20-tej, 30 minut od domu. Ale trafiłyśmy.

Czy widzę efekt?

Niestety nie. Zero makusiów, żadnej czekolady, żadnej kolacji, obiadokolacja o 17tej. Wysypiam się, ruszam, i waga stoi, centymetry też nie zmalały. Od marca. Więc pora stopniowo wdrożyć krok trzeci – więcej zdrowego niż pszennego i mięsnego. Ten tydzień będzie ze zdrowymi zamiennikami. Kluchy bez glutenu, marchewka zamiast kanapki. I dodatkowe treningi w dni niebiegowe.

Ruszyłam tyłek na dobre

Kasia podrzuciła mi tydzień temu linka z ćwiczeniami i pytaniem, czy ćwiczę z nią. Był to poniedziałek, po 22ej. Siedziałam na tej swojej kanapie, z telefonem w ręku, przed TV. I głupio mi było powiedzieć – nie, nie chce mi się (jak wiedziałam, że następnego dnia będzie mi się chciało – biegać). I zaczęłam ćwiczyć. 1g 15 minut. 3 dni bolał mnie tyłek. I dywan z salonu wyleciał na podwórze po tym, jak kolejne 3 godziny wyciągałam kłaczki z cycków, buzi i oczu.

Potem ćwiczyłam z Mel B

Ale po swojemu, oczywiście. Najpierw pod kołderką obejrzałam cały 10 minutowy trening pośladów, a potem wstałam i stwierdziłam: phi, prościzna. I wszystko odszczekałam w 6 minucie. Ale zakwasów nie było. Więc chyba za bardzo oszukiwałam.

Podsumowując

Tylko dwa dni w tym tygodniu się leniłam: w środę i w sobotę – bo imprezowałam. Ale reset musi być. I zeżarłam jedną (z dwóch) i tą mniejszą… czekoladę. Całą oczywiście, ale tą małą. I to jest ta dobra wiadomość. Jutro poniedziałek – czyli znów ćwiczę po 22-ej. Po cichu i bez dywanu.

Polub i udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *