Polub i udostępnij:

Z dodatkowymi kilogramami walczę już drugi rok. I wciąż mam wrażenie, że przegrywam. Mam pyszną dietę, mam sprzęt do ćwiczeń w domu, mam wygodne buty do biegania, słuchawki i świetną playlistę. Kilogramy stoją w miejscu, centymetry ubywają ale w żółwim tempie. Co jest ze mną nie tak? Rozłóżmy to na czynniki. Kolejne podejście – dam radę do wiosny?

Dieta – ale jednak trzeba gotować

Mam 3 posiłki, bardzo szybkie w przygotowaniu, całkiem niedrogie. Ale nie mam czasu na stanie w kuchni i przygotowywanie posiłków na cały dzień. Brakuje mi jakiś 2 godzin (bo posprzątać też trzeba). A to tylko śniadanie, lancz do pracy i obiadokolacja… No i tego nie znoszę. Wolę zdecydowanie jeść!

Ruch – brakuje mi treningów

10 tys. kroków to jest już prawie standard. Dzień w dzień mam 8-10 tys. kroków. A to oznacza, że jestem cały czas w ruchu. Do pracy biegam, w pracy biegam i ciągle jestem w niedoczasie. Ale nie mam nawet 30 minut na trening. Nawet ten z apki. Szybki, 10 minutowy. Bo jednak potrzebne jest skupienie, chwila samotności. Niestety nie mam takiego luksusu.

Poddałam się i przyznałam do porażki

W momencie, kiedy powiedziałam głośno, że się poddaję, napisałam do dietetyczki, że to nie ma sensu, że się poddaje i wtedy coś zatrybiło. Następnego dnia wstałam i wiedziałam, że zrobię wszystko aby wyjść i pójść biegać. Tak też zrobiłam. Wszystko układało się po mojej myśli. Młoda bez problemu została z małą a ja korzystając z okazji w minutę przebrałam się w getry i poszłam w las.

Sobota -trening w lesie

Znów zaczęłam biegać. Zaczynam powoli od minuty biegu i 5 minut marszu, już raz mi się udało dojść do 30 minut biegania. W sobotę było sucho, ciepło i słonecznie. Mijałam spacerujące rodziny z dziećmi, rowerzystów i seniorów z kijkami. Jeden mnie do zawału doprowadził. Szłam sobie sama, ze słuchawkami na uszach, w najbardziej odludnym miejscu, gdzie nigdy nikogo jeszcze nie spotkałam.

Raz mi jelonek przeciął drogę a tym razem rowerzysta wyjechał mi zza pleców. Tak krzyknęłam albo pisnęłam, ciężko opisać ten dźwięk,  że aż się biedak zatrzymał, bo chyba myślał, że coś mi się stało. Ci co są ze mną na co dzień, mają niezły ubaw, bo takie sytuacje zdarzają mi się średnio co drugi dzień. Bardzo łatwo mnie wystraszyć, nawet niechcący i zupełnie nieświadomie.

Niedziela – spacer po lesie

Było pięknie, było ciepło i słonecznie. Wyciągnęłam psa na spacer. Całe półtorej godziny, 6 km i pykło 10 tys. kroków. W bardzo dobrym, szybkim tempie. Pies wrócił ziejąc i kulejąc i ja podobnie. Dwie kuternogi.

Poniedziałek – spacer po cmentarzach

Czułam niedosyt, zrobiłam tylko 7500 kroków, wkurzały mnie tłumy i ciągłe przystanki. Wsiadłam więc na wieczór na rowerek stacjonarny i wytrzymałam 30 minut. Dobiłam się i poszłam szczęśliwa spać.

Wtorek – kupiłam karnet na siłownię

Poszłam za ciosem. Miałam do wyboru pospać 3 godziny, pooglądać seriale, wkurzać się na swój cellulit albo pójść na siłownię na te 3 godziny. Udało mi się pobiegać, więc zrobiłam trening nr 2, wymasowałam uda na rollmasażu i zaliczyłam 35 minut na orbitreku, bo czekałam na zajęcia fitness. No właśnie, fitness…

Zajęcia fitness – brzuch i pośladki

Zaczęło się delikatnie. Zrobiłam całą rozgrzewkę. Później już było tylko trudniej. Poślady i ramiona to mój najsłabszy punkt. Ale się bardzo starałam, robiłam prawie całe serie. Przy przysiadach oszukiwałam. Wszystkie ćwiczenia w parterze robiłam na 100%. Do tego stopnia, że mi pękła guma. Dosłownie. Ta najlżejsza. Na udach. Wstyd, czerwone poliki i poszłam po mocniejszą.

Jutro środa, planuję tylko 30 minut na rowerku. Zobaczymy czy usiądę na tyłku. Kolejne podejście – dam radę do wiosny?

Polub i udostępnij:

2 komentarze

  1. Zazdroszczę motywacji,ja wpaadlem w sezon zimowy, ale dzieki Twojemu podejsciu chyba czas sie wziasc za siebie,a jeszcze jakis czas temu to ja ludzi ganiałem zeby wzieli sie za siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *