Wyjazd bez przygód i przypałów – nierealne!

Czy wyjeżdżam na weekend towarzysko czy służbowo, zawsze coś się wydarzy. Zawsze mam przygody, coś się wydarzy. W ten weekend przeszłam samą siebie.  Tym razem byłam w Łodzi, sama, na szkoleniu z pracy. I to wcale nie oznacza, że było grzecznie i nudno!

Dwa dni szkolenia i jedna noc w hotelu. Wystarczyło aby stracić kartę do bankomatu i szukać w nocy, w deszczu, hotelu – w obcym mieście. Pierwszy dzień spędziłam na wykładach i obliczeniach. Wykresach, tabelkach i prawie jak w pracy. Tak się zatraciłam i poświęciłam wykładom i ćwiczeniom, że nie zorientowałam się, że telefon rozładował mi się po południu. Oczywiście ładowarkę miałam ze sobą (przecież zawsze mam – tak jak tysiąc innych rzeczy w torebce). Ale zorientowałam się dopiero jak wyszłam z zajęć. O 21. W drodze na przystanek.

Pamiętałam adres hotelu, ale wcale nie byłam pewna jak tam dojechać i czy rezerwacja była aktualna – bo nie zgłaszałam, że przyjadę aż tak późno. Dwa tramwaje, młodzież zapytana o hotel czy adres mówiła mi  „per pani”, jestem już stara, albo byłam taka zmęczona. Zostańmy przy tej opcji – zmęczenia. I gdy po godzinie jazdy tramwajami, już myślałam, że jestem na miejscu, dopiero się zaczęło. Chodziłam i błądziłam między numerem 135 a 157 szukając 141, które rzecz jasna nie było. Bo pomiędzy był tylko market, który zeżarł wszystkie środkowe numery. W ciemności, w deszczu (zmokłam jak kura), ani jednej żywej postaci, chodziłam i szukałam, mijałam magazyny, kontenery, garaże i opuszczone budynki . Doszłam do celu i z emocji od razu zasnęłam. Nic nie pamiętam.

Wstałam bardzo wcześnie, w cudownym nastroju. W sumie nie wiem czemu. I 5.50 to nie jest moja pora wstawania. Ale śniadanie serwowano od 6.30. Bardzo gorący prysznic i mega śniadanie. Uwielbiam jeść. Zjadłam chyba wszystko. Jajecznicę, parówki, naleśniki, chlebek, pomidor, serek i płatki, plus kawa. W pół godziny. Byłam w siódmym niebie. Serio. Wpadłam na górę po rzeczy i ze słuchawkami w uszach poszłam na przystanek.

Dzień zaczął się cudownie. Wbiegłam do tramwaju i równie szybko z niego wyskoczyłam, bo nie mogłam kupić biletu – karta mi zniknęła. Było coś przed 8, biegiem wróciłam do hotelu, przecież kładłam ją na łóżku. Cały personel postawiłam na baczność. Okazało się, że pościel trafiła już do pralni, a tam Pani stwierdziła, że jedyne co znalazła to majtki – i już zaniosła do recepcji hotelu. Ale majtki miałam. Spokojnie – to nie moje! Poddałam się, o 8.52 i 52 sek. bank przejął odpowiedzialność za kartę. Na szczęście miałam troszkę gotówki w portfelu i biegiem złotówą pojechałam na zajęcia praktycznie oczywiście spóźniając się. Cały czas myślałam i analizowałam gdzie i kiedy i jak posiałam kartę.

Wracając w busie do domu, z nudów przeglądałam wszystkie wiadomości. I znalazłam. Info o godz. 8.02 od dziewczyny, która znalazła moją kartę. Odnalazła mnie na fb i zapytała czy nie zgubiłam bo ona znalazła kartę. Okazało się, że musiała mi wypaść w drodze na przystanek. Gdybym od razu przeczytała info schowane gdzieś w głębi wróciłabym do domu z kartą i bez stresu. I choć cały dzień był do bani, a zaczął się wspaniale, tak też się skończył. I nie chodzi mi tylko o wiadomość od nieznajomej i uczciwej. Zaszczyt mnie kopnął. Serio. Muszę się pochwalić.

W marcu, po przyjeździe z Gdyni, pochwaliłam się gdzie byłam, po co i kogo miałam okazję posłuchać i zobaczyć na żywo. Tak się fartownie złożyło, że mój wpis przeczytała Ania Kerth, jedna z prelegentek. Napisałam wtedy, jak pozytywnie mnie zaskoczyła – naturalnością i skromnością a przede wszystkim szczerością. I wiecie co? Przeczytała i mnie zacytowała. U siebie na stronie.  Dla mnie szarej myszki, to komplement. Cieszę się zawsze z każdej odsłony mojej strony, to daje kopa i nakręca na dalsze pisanie. Ktoś mnie jednak czyta. WY jesteście, bez WAS byłby to tylko pamiętnik. Zresztą sami zobaczcie: www.annakerth.pl. Oczywiście, na ten mój mały happy moment złożyło się kilka nie przypadkowych osób, które pomogły mojemu szczęściu.

Dziękuję.

Comments

  1. Jeszcze kilka takich przygód i całkiem dobrą książkę możesz napisać. Jakiś sensacyjny wątek…hm coś w stylu Millenium chętnie bym przeczytała. Czekam:)

    1. Jestem chodzącym, nieprzewidywalnym kłębkiem sprzeczności. HAh…

  2. Ewciu, fajna babka z Ciebie…. I pamietaj, Twojemu Panu M ma opaść szczęka ….. Do kolan!!!!!!!!! 😉

  3. Nie jestem fanką fb i zawsze uważałam, że to kolejny niepotrzebny pochłaniacz czasu itp itd…ale Twój przypadek pokazał,że jednak się czasem przydaje 🙂 jest pozytyw i są ludzie na tym świecie w porządku 🙂
    A weekend miałaś naprawdę bardzo kolorowy..niczym fragment dobrej książki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *